#RozkminyKaroliny
Mam taką przypadłość, że serio cieszę się cudzym szczęściem. Kibicuję, gdy ktoś się rozwija, zmienia coś w swoim życiu, spełnia marzenia. Cieszy mnie, gdy ktoś ma fajny związek, a jeśli coś idzie nie tak – współczuję, a nie przyklaskuję.
Dlatego ciężko mi się odnaleźć w świecie, gdzie sukces wzbudza podejrzliwość, a szczęśliwe relacje kwituje się komentarzem: „Zaraz i tak się rozstaną”. Gdzie za czyimś osiągnięciem od razu dopisuje się historię o plecach, łóżku albo układach.
Dlaczego tak łatwo przychodzi ludziom deprecjonowanie cudzych wysiłków? Czy naprawdę robi im się lżej, kiedy sprowadzą kogoś do swojego poziomu frustracji?
Może to zwykła zazdrość, może brak własnego kierunku… A może po prostu łatwiej krytykować innych niż wziąć się za siebie.
A gdyby tak całą tę energię włożyć w rozwój, w relacje, w porządek ze sobą samym? Może wtedy życzliwość nie byłaby „ambitnym celem”, tylko naturalnym stanem.
Nie chodzi o kursy, coachingi i wydawanie kasy. Chodzi o zw...